Agnieszka w Albanii!

W terminie 21 IV - 3 V 2003 odbyłam swoją podróż do Albanii. Przeżycie wielkie, wspomnienia cudowne, obrazki w głowie pełne kolorów. Niezapomniane doświadczenie, które na stałe wryło się do mej pamięci. No, ale po kolei. Wycieczka była organizowana przez znajomego z Węgier, więc do Budapesztu dotarłam autobusem a stamtąd na drugi dzień z Tiborem i nieznanymi mi wówczas Węgrami samochodem Suzuki do Albanii. Nasza przygoda z Albanią trwała 2 tygodnie, z których pierwszy spędziliśmy w Divijace, niewielkiej wypoczynkowej miejscowości położonej nad brzegiem Morza Adriatyckiego. Wokół naszego hotelu drzewa sosnowe, pelikany i piaszczyste plaże. I wszystko to stanowi Park Narodowy Albanii.


Na mnie niesamowite wrażenie za każdym razem wywierała rozległa plaża, po której Albańczycy urządzają sobie przejażdżki samochodami, co niektórzy nawet lekkie safari. Zachody słońca rewelacyjne, czerwona ognista kula na horyzoncie, można się zapomnieć... No i jeśli Adriatyk w tej części Albanii to oczywiście rozległa laguna, której wody były powalająco czyste, przejrzyste i bardzo ciepłe nawet dla takiego zmarzlucha, jakim ja jestem. I jeszcze jedna regionalna ciekawostka dotycząca laguny: jest bardzo płytka. W odległości 200 metrów od brzegu staliśmy w wodzie po kolana, co spowodowało, że mogliśmy się dostać na wyspę prawie na piechotę, mimo że była oddalona od brzegu o jakieś 1500 metrów.


W trakcie tych kilku godzin spędzonych na wyspie cieszyliśmy się południowoeuropejskim słońcem, złocistym piaskiem, białymi grzywami Adriatyku, przednią zabawą. No a wieczorem zaczerwieniona skóra dawała o sobie znać... Podczas tygodniowego pobytu nad morzem zwiedziliśmy również kilka większych miast albańskich. M.in. stolicę kraju, Tiranę, Durresi, jako drugie po stolicy miasto co do wielkości i znaczenia, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć starożytny amfiteatr. Również Shkodrę, Elbasanę, Ardenicę z pięknym kościołem na szczycie góry, w którym odbywały się uroczystości wielkanocne. Ciekawa architektura, zabudowa, meczety, charakterystyczne palmy, nawet ruch na ulicach zupełnie odmienny od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Warto tam pojechać, żeby to wszystko zobaczyć i poznać. To wszystko cieszy, bo jest inne od naszej codzienności.
I co dalej?


Następny tydzień. Spędziliśmy go w albańskich górach Alpet. Korzystaliśmy z gościnności miejscowych ludzi, dla których pojawienie się 4 cudzoziemców było porównywalne z cudem nad Wisłą. Samo dotarcie w góry zajęło nam 5 godzin jazdy samochodem terenowym specjalnie do tego celu wynajętym. Mieszkaliśmy i żywiliśmy się u rodziny albańskiej, dzięki czemu mogliśmy poznać gościnność i sympatię tych ludzi jak również zwyczaje panujące w przeciętnej albańskiej rodzinie. Bardzo ciekawe doświadczenie, bo życie tam jest zupełnie inne od naszego. Niewielka miejscowość, położona w bardzo malowniczym miejscu, nad krystalicznie czystym potokiem, którego nurt był bardzo rwący, wokół ośnieżone szczyty gór. Na myśl o tym robi mi się tak ciepło w sercu... Jeden dzień poświęciliśmy na zdobycie najwyższego szczytu w towarzystwie młodego Albańczyka, u którego mieszkaliśmy. Był naszym przewodnikiem.


Wyprawa ekstremalna, bo same góry dzikie, piękne, mocno nieprzystępne i nieprzystosowane do wędrówek górskich. Okoliczni ludzie nie chodzą po nich, dlatego mam prawo przypuszczać, że byliśmy pierwszymi na tamtejszym szczycie. Wycieczka trudna, ale wspomnienia niezapomniane, na zawsze. Totalne zmęczenie pod koniec, głód i puszka piwa na głowę w drodze powrotnej, która zbiła mnie z nóg. No, ale wszystko później smakowało wyśmienicie, świetnie się spało.


Na następny dzień zmuszeni byliśmy opuścić naszych albańskich przyjaciół, wrócić do hotelu w mieście by nazajutrz wyruszyć w drogę powrotną do Budapesztu a ja do Polski. Przeżycia fantastyczne, polecam wszystkim globtroterom, ludziom złaknionym nowości, entuzjastom podróży. Będziecie mieć super wspomnienia.

Agnieszka Parcheniak



Malowany bunker nad morzem

2004

W roku 2004 odbyłem jeszcze trzy podróże do Albanii: w czerwcu z rodzinom nad morze, w sierpniu z turystami w Durrës oraz na Riwierę. 
W październiku sam byłem. Pojechałem samochodem terenowym, chciałem odkryć miejsca mniej ważne z komercyjnego punktu widzenia, za to takie, których jeszcze nie widziałem.
 Pierwszego dnia podróżowałem brzegiem morza między Lezha i Durres. Zwiedziłem Ishulli i Lezhës, gdzie hrabia Ciano, minister Mussoliniego, budował dom myśliwski, w późniejszym czasie dom stał się hotelem, obecnie w stanie ruiny za wyjątkiem restauracji, która funkcjonuje.


Następnym celem był Patok z dużą laguną. Niestety, droga jest koszmarna, na turystów czeka tylko kilka kawiarni. Samo miejsce bardzo ładne.
Ponownie próbowałem znaleźć drogę do Kepi i R
odonit, gdzie leży zamek Skanderbega, ale bez sukcesów. W zamian widziałem długą plażę Gjiri i Lalzit. Są plany co do stworzenia sieci hoteli w tym miejscu, na chwilę obecną jest ono pozbawione infrastruktury. Noc spędziłem w hotelu na plaży jako jedyny w nim gość!
Następnego dnia zwiedzałem Belsh z dużą ilością małych jezior oraz Vlore. Pogoda nie dopisała, padał deszcz. Brrr.            Kolejny dzień, kolejny ranek, wycieczka do Amantia. Tam ruiny stadionu, stare ściany „naszpikowane” dużą ilością kamieni. Na ruinach rozpościera się wieś zamieszkiwana przez ludzi.
Do
Riwiery próbowałem dostać się inną drogą, równoległą do morza, prowadzącą między górami. Krajobraz rewelacyjny, niemniej jednak widzieliśmy niewiele z powodu chmur. Droga do Borsh pozostawia wiele do życzenia, jedynie terenowe samochody dają jej radę. Urokliwe doliny, szczyty, ruiny starych zamków, ale wsie biedne, kraj dziki.
Wracając do Vlory, zobaczyłem Orikum, jego stary kościół oraz antyczne miasto, choć właściwie niewiele jest do oglądania.


We Vlory zwiedziłem muzeum i zabytkową ulicę. Noc spędziłem w Kruje w hotelu Panorama z autentyczną panoramą na zamek i morze.   
Ostatniego dnia byłem nad morzem w Shëngjinie oraz urządziłem wycieczkę do Kopliku. Niestety, droga do Boga-Theth była zamknięta, dlatego zwiedziłem tylko Razem, gdzie znajduje się stary dom wypoczynkowy oczywiście nieczynny. Miejsce malownicze, 1 100 m npm.
Mam przeczucie, że wkrótce pojawi się tam hotel...

Kwiecień 2004

Tym razem na wycieczkę do Albanii wybrałem się z moim bratem, Istvan Dienesem. Jest fotografem, zrobił całą masę zdjęć i slajdów.
Do kraju przeznaczenia jechaliśmy przez Czarnogórę, przejście graniczne mijaliśmy w Bashkimi. Jest to teren górzysty pomiędzy Plav i Vermosh. Co prawda przejście graniczne znajduje się tam od jakiegoś czasu, niemniej jednak brak drogi wymusił na nas konieczność korzystania z drogi dla traktorów i przeprawialiśmy się przez rzekę głęboką na 0,5 metra.


Towarzyszył nam policjant, który mieszka 65 km od swojego miejsca pracy, i w domu nie był od 5 dni!!! Dobrze znał drogę i okazał się kopalnią wiedzy na temat okolic. Od niego dowiedzieliśmy się m.in., że wieś Tamara otrzymała nazwę od córki tureckiego pasza. Vermosh to druga malownicza część regionu Alpet z urokliwą przyrodą, czystymi rzekami. Z wizualną sielanką nie współgra trudne życie, jakie wiodą mieszkańcy wysokich gór, skąd 80 % ludności już emigrowała. Jedna jedyna droga jest nie najlepszej jakości, potrzeba 7 godzin na dotarcie do Hoti.
Kolejne dwa dni to czas spotkania ze znajomymi: najpierw w Shkodrze, potem w Durrës (tam spaliśmy w hotelu, gdzie będą mieszkać zorganizowane grupy wycieczkowe), następnie w Tiranie.
Następny dzień to początek przygody. Zwiedziliśmy Kruję i przez góry udaliśmy się do Burrela gdzie znajduje się Qafa e Shtames. Tak nazywa się Park Narodowy i przełęcz. Droga była okropna, ale opłacało się jechać z uwagi na ciekawą dolinę w centrum parku. Pomyliliśmy drogi, musieliśmy zawracać, ponieważ trasa była nie do przebycia. Ale mamy kilka zdjęć samochodu w sytuacjach ekstremalnych.
Od Burrelu po Peshkopi droga jest stara, ale asfaltowa, krajobraz piękny, jak w górach wysokich, widzieliśmy nawet bardzo rzadkie budynki - kulli. Peshkopi to ciekawe miasto usytuowane pod najwyższym szczytem Albanii, Korabi. W niedalekiej odległości od miasta znajduje się Llixha, uzdrowisko z siarkową wodą, rewelacyjną dla chorób skóry.
Następnego dnia ponownie przemieszczaliśmy się przez góry do Librazhdu. Jest położony dosyć wysoko, dlatego mogliśmy obserwować pierwsze oznaki wiosny, które dopiero co się tam pojawiły. Mieszkańców jest niewielu z uwagi na wszechobecną biedę. Mieliśmy okazję zobaczyć żony piorące w rzece i mężów orzących końmi swoje poletka. Powrót do przeszłości. Krajobraz jest cudowny, ziemia dobra pod uprawę ziemniaka, ale to wszystko za mało, aby zatrzymać ludność. Noc spędziliśmy nad morzem we Vlory.
Kolejny ranek, kolejna wycieczka. Tym razem do Zvërnec, niedaleko Vlory, gdzie krajobraz jest bajkowy. Rozciągają się laguna Narta i Adryatik, na małej wyspie znajduje się klasztor. Następnie udaliśmy się wybrzeżem, zwiedzając okoliczne plaże, zatoki. W Sarandzie mieszkaliśmy w Grand Hotelu.
Nazajutrz znowu do Butrintu, dalej promem do Konispolu.


Tradycyjnie już droga prowadząca do miejscowości dobra nie jest, ale niedogodności podróży wynagrodził nam malowniczy krajobraz i charakter Konispola. Jest położony przy granicy, bogaty, z porządnymi asfaltowymi drogami. Mieszkańcy bardzo mili. Na trasie do Konispola znajduje się Góra Skrzydła a przy niej stara miejscowość, Çuke e Ajtoit. Niestety, jest doszczętnie zniszczona, do dzisiaj zachowało się tylko kilka murów.
W drodze do Sarandy mieliśmy okazję zobaczyć ogromnę źródłą Syri i Kalter, a przed Gjirokastry, zwiedziliśmy Labova z jej 450-letnim kościołem. Zrobiliśmy kilka zdjęć, na nocleg udaliśmy się do Benc, którego pstrągi nie mają sobie równych.
Wczesnym rankiem następnego dnia zobaczyliśmy najładniejszy wodospad Albanii. W Progonat jest wąska dolina, którą zwiedziliśmy w porze suchej. Teraz potok miał dużo wody, wodospad był okazały, woda płynie pod naturalnymi mostami ze skały. Niesamowity widok, niezatarte wspomnienia. No i powoli dotarliśmy do Berat od Kelcyry. Droga zła, miasto ładne. Nocleg w Divjace.
Z Divjaki do Pogradec droga jest dobra, choć nie obyło się bez przygód. Zwiedzaliśmy uzdrowisko z wodą siarkową Llixha e Elbasanit. Przed jeziorem Ohridskim szukaliśmy starego tureckiego mostu w Goliku.


Mieliśmy szczęście, bo oprócz mostu trafiliśmy również na wesele, gdzie byliśmy mile widzianymi gośćmi. W Pogradecu, w Korci robiliśmy zdjęcia, zwiedzaliśmy jeziora Mała Prespa. Nad duża Prespą spędzilismy noc. Rankiem następnego dnia zrobiliśmy małe zakupy i wróciliśmy do domu przez Czarnogórę.

Moje wrześniowe podróże do Albanii 2003

30-ego sierpnia po południu wyruszyliśmy do Albanii. Granicę przekraczaliśmy w Muriqanu, miejscowości usytuowanej pomiędzy morzem i jeziorem Szkodrzańskim. Szkodra jest blisko, ale droga do niej prowadząca pozostawia wiele do życzenia. W mieście zwiedziliśmy turecki most Mesi, następnie udaliśmy się do Golemu, gdzie znajduje się jedyne w okolicy pole kempingowe. Tam kąpaliśmy się trochę. Rano udaliśmy się do Kruji, gdzie jest zamek i muzeum Skanderbega. Zobaczyliśmy meczet (teqe), w którym działa sekta muzułmańska bektaszy, oraz muzeum etnograficzne. Jest to stary dom należący do rodziny tamtejszych bogaczy. Następnie pojechaliśmy do Tirany, miasta tysiąca kolorów. Wieczorem mały zamek Petrela, gdzie walczyła siostra Skanderbega, stał się naszym udziałem. Zamiast ruin naszym oczom ukazał się przebudowany zamek a w nim super restauracja, z dobrodziejstw której jednak nie skorzystaliśmy z powodu wygórowanych cen. Niemniej jednak widok był ujmujący.



Petrela

Następnego dnia udaliśmy się do Beratu, najładniejszego miasta Albanii, w którym znajdują się aż trzy stare miasta: jedno w zamku (niegdyś dzielnica chrześcijańska), drugie pod zamkiem (dzielnica muzułmańska), trzecie po drugiej stronie rzeki. W zamku zobaczyliśmy kościół a w nim muzeum Onufrego, najsłynniejszego malarza ikon. Pod zamkiem są ładne meczety, teqe i kościoły. Stare miasto jest bardzo ciche i spokojne. Berat to pierwsza miejscowość z tablicami informacyjnymi dla turystów.



Berat

Próbowaliśmy jechać do Tepelena przez góry, ale droga była zablokowana, dlatego późno przyjechaliśmy do Bency, gdzie mieliśmy nocleg w domu turystycznym Eko-Villa. Tam zjedliśmy smaczne pstrągi. Benca to nazwa wsi i rzeki jednocześnie. Dolina rzeki jest bardzo ładna. W Progonacie jest ogromny pomnik i cmentarz partyzantów.



Progonat

Kolejny punkt programu to Vlora, do której droga, przynajmniej według mapy, jest bez zarzutu. W rzeczywistości jednak pozostawia wiele do życzenia, asfalt położony tylko na niewielkim odcinku od miasta. Nocleg mieliśmy na albańskim wybrzeżu, we Vuno, w nowo powstającym hotelu. Zamierzaliśmy spędzić noc na dachu hotelu, ale bliskie spotkanie ze skorpionem, jak również nadchodzący deszcz, skutecznie wybiły nam z głowy ten pomysł. Rankiem przywitał nas piękny widok, zwiedziliśmy plażę i zatokę.



Jala

Dalsza część podróży prowadziła wybrzeżem przez Qeparo, starą grecką wieś z niewielką liczbą mieszkańców, aż do Sarandy, gdzie na samotnym wzgórzu wznosi się antyczne miasto Phoinike. Ruin dużo nie ma, widoki są ujmujące. Następnie udaliśmy się do Gjirokastry przez Delvine i powrót do Bency już nocą.
Ostatniego dnia udaliśmy się w podróż na północ. Po drodze zatrzymaliśmy się najpierw w Apollonii zobaczyć starożytne greckie miasto i średniowieczny kościół ortodoksyjny, później w Szkodrze i do domu. Rano byliśmy już na Węgrzech.

Po raz drugi wybrałem się do Albanii z turystami.
We wtorek, 23 IX, rankiem wyruszyliśmy z Budapesztu i już o 22:00 byliśmy w Szkodrze, w tym samym hotelu, który gościł nas w czasie kwietniowej podróży. Następnego dnia zwiedziliśmy zamek Rozafi i brzeg jeziora Szkodrzańskiego w Shiroki, który wyglądem przypomina brzeg morski. Morze znajduje się niedaleko, w Velipoji, które również udało nam się zwiedzić. Jest tam mała laguna i park narodowy, które ciągną się aż do granicy z Czarnogórą. Potem do kempingu i kąpanie w morzu.
Spędziliśmy tam trzy dni, z czego pierwszy w Durresi, gdzie zwiedziliśmy muzeum archeologiczne, i w Tiranie. Kolację jedliśmy "nad Tiraną", na górze Dajti położonej 1000 m npm. Zachód słońca niezapomniany, kolacja w restauracji Panorama wyśmienita.
Drugi dzień był dniem Skanderbega. Byliśmy w muzeum w Kruji, chcieliśmy znaleźć zamki Kepi i Rodonit nad morzem, ale zmieniona trasa uniemożliwiła podróż nawet samochodem terenowym. Po drodze widzieliśmy kilku rybaków i kozły.
Pobyt nad Adriatykiem zamieniliśmy na pobyt nad Morzem Jońskim. Przełęcz Llogara między dwoma morzami była w chmurach, tak więc Korfu nie było widoczne.



Llogara

Niemniej na dole świeciło słońce i było ciepło. Przed Vuno zauważyłem tablice wskazujące kemping nad morzem. Z trasy widzieliśmy na jednym wzgórzu zniszczony klasztor, w którym ostatnio były koszary a obecnie jest tylko jeden pokój traktowany jako kościół. Owoców w ogrodzie nikt przed nami nie zbierał, granaty były smaczne. Trasa do pola kempingowego była niebezpieczna: szerokości jednego samochodu pomiędzy morzem i wzgórzem, obawiałem się trochę spotkania z nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem. Mała zatoka przy kempingu jest rewelacyjna. Nikogo tam nie było oprócz nas. Miejsce przypominało raj na ziemi.



Noc spędziliśmy w Ksamilu, niedaleko Butrinti. Rano zwiedziliśmy antyczne miasto Butrinti chronione przez UNESCO. Miasto zaczęli budować w VI w pne i do XVIII w było zaludnione. Są tam stare mury, ruiny rzymskich domów i kąpielisk, kościołów ortodoksyjnych oraz zamek Wenecyjski z XVII wieku. Potrzeba co najmniej godziny do zwiedzenia tego wszystkiego.
Z Butrinti udaliśmy się do Sarandy, gdzie niedawno odkryli ruiny katedry z ogromną mozaiką w centrum miasta. Istnieje przypuszczenie, że to nie katedra a synagoga była, dlatego prace profesorów z Uniwersytetu Jerozolimskiego trwają. Pomiędzy Sarandą i Gjirokastrą leży Mesopotam, a tam mały, stary kościół ortodoksyjny. Jest ciągle zamknięty, choć droga prowadząca do kościoła została już zbudowana. Niedaleko znajdują się Syri i Kalter - ogromne źródło. Czytałem, że ono wysychało, ale na szczęście nie jest to prawda, choć poziom wody jest niższy w porównaniu z rokiem ubiegłym.
W Gjirokastrze zwiedziliśmy zamek, a w nim muzeum broni, później chodziliśmy po mieście. Noc spędziliśmy w Bency, mieście najsmaczniejszych na świecie pstrągów. Na następny dzień robiliśmy trasę podróży z roku 2002 do Korcy z mijanką w Benja. Są tam ciepłe źródła, można się w nich kąpać. Baseny są prymitywne, wykonane w kamieniu. Są tam również siarczane źródła, kąpiel w nich jest niemoźliwe. Nad rzeką jest bardzo ładny wąski turecki most.



Benja

Droga do Korcy to serpentyna położona na wysokości 800-1100 m npm. W Korcy znaleźliśmy starą gospodę co jest jeszcze hotel niedaleko rynku i starego meczetu z ładnymi freskami, które są rzadkością w kościołach muzułmańskich. Spaliśmy nad jeziorem Ohridskim, gdzie jadłem koran czyli ohridskiego pstrąga. Jego mięso jest różowe i bardzo smakuje.
Niedaleko Pogradecu znajduje się Lini, położone na półwyspie. Ta wieś jest słynna z mozaiki przedstawiającej starą rzymską willę na szczycie wzgórza. Jest to wieś z jedną ulicą, nad którą wznoszą się altany winogronowe. Albańczycy lubią altany. Znajdują się we wszystkich ogrodach, pomiędzy blokami, nad potokami itd. Z Linii wróciliśmy na pole kempingowe nad morzem, kąpaliśmy się, bo pogoda znowu była super. Tak spędziliśmy ostatni dzień września.
Pierwszego października udaliśmy się do Kukes. Trasa długości 180 kilometrów, droga nawet dobra, jak na warunki albańskie, 7 godzin podróży, same serpentyny. Po drodze wycieczka do Orosh. Czytelnicy "Przełamywanego kwietnia" Ismaila Kadare wiedzą, że Orosh to centrum krwawej zemsty. Teraz znajduje się tam odbudowywany katolicki kościół.



Kukës

Kukes to nowe miasto nad ogromnym zbiornikiem, stare miasto leży teraz w wodzie. Jest porównywalne z Nową Hutą: sztuczne i nienaturalne. Tam żegnaliśmy Albanię i udaliśmy się do Kosowa, co jest spokojne i bezpieczne. Noc spędziliśmy w Prizrenie, gdzie czekał na nas przewodnik Hotelu Prizren, znajomy mego przyjaciela. Zaprosił nas na spacer po mieście, które jest bardzo estetyczne, porównywalne z Beratem. Następnie na kolację, gdzie jedliśmy kosowskie potrawy - mięso z mięsem.
Rano wyruszyliśmy z Prizrena. Po drodze mijaliśmy wielu międzynarodowych żołnierzy, samochody ONZ i sporo plakatów na temat międzyetnicznego pogodzenia. W Prisztinie zjedliśmy śniadanie niedaleko bazaru, gdzie oprócz artykułów spożywczych kupuje się przemycane papierosy a nawet ludzi do pracy. Na granicy kosowsko-serbskiej dowiedzieliśmy się, że próbujemy nielegalnie wjechać do Serbii, bo podróżując przez Kosowo nie mamy pieczątki serbskiej. Dlatego musieliśmy zawrócić do Prisztina, potem do Peja. Tam widzieliśmy już oznaki wojny: zniszczone domy, kościoły.


Opuściliśmy Kosowo, udając się w kierunku Czarnogóry. Tym razem bez problemu ale z kilkugodzinnym opóźnieniem.

Moja podróż do Albanii samochodem terenowym 16-25 sierpnia 2002.

Wyjechaliśmy w piątek, 16 sierpnia, po południu w 6 osób dwoma samochodami terenowymi. Granicę albańsko-czarnogórską przekraczaliśmy następnego dnia przed południem. W okresie od 15 VI do 15 IX wiza nie jest potrzebna ale należy zapłacić podatek w wysokości 10 USD.
Najpierw zwiedziliśmy miasta Shkodra i Lezha. W pierwszym wymieniliśmy walutę i kupiłem dużo fig, zwiedzaliśmy zamek, który niewiele sie zmienił. W drugim mieście miałem niegroźny wypadek z albańskim Benzem. Zapłaciłem 150 EURO właścicielowi samochodu. Biwakowaliśmy w miejscu o niskim standardzie (tylko 2 WC i 2 prysznice bez ciepłej wody) ale za to w lesie sosnowym niedaleko morza. Kąpaliśmy się dużo, fale były ogromne. Kładąc się spać, byłem bardzo zmęczony. Pewnie dlatego nie dałem rady wypocząć.
Następnego dnia zwiedzaliśmy Tiranę gdzie przez przypadek spotkałem znajomego, z którym tam współpracuję i którego córka studiuje na Węgrzech, małe miastoJ. Spędziliśmy tam tylko 3 godziny z uwagi na niewielką ilość rzeczy do zwiedzania. Przy okazji kupiłem 2 brzoskwinie, które ważyły prawie cały kilogram. Następnie udaliśmy się do muzeum bohatera narodowego Skanderbega. Było zamknięte więc zwiedziliśmy muzeum etnograficzne, które wydaje sie być bardziej interesujące (dla mnie, ponieważ nigdy nie zwiedzałem tego rodzaju muzeum). Tam zjedliśmy obiad i musieliśmy przeczekać 3-godzinną burzę. 10 km dalej wszystko było suche. Kolejną noc spędziliśmy na kempingu, niedaleko którego odbywało się wesele dlatego znowu nie mogłem się wyspać.



Berat

Rano wyruszyliśmy do Berat, które jest ładnym miastem, z zamiarem dotarcia do Albańskiej Riwiery, na przełęcz Llogara, ale widzieliśmy padający tam deszcz więc zdecydowaliśmy się rozbić kemping w ogrodzie jednego z hoteli. Kolację jedliśmy w restauracji, mogliśmy sobie wybrać ryby, na które mamy ochotę. Rano zaskoczyła nas pracownica z prośbą 60 Euro a nie jak ostatnio 30 Euro. Próbowałem negocjować z właścicielem, ale był nieugięty.
Riwiera jest urokliwa ale droga do niej prowadząca straszna i męcząca. Kąpaliśmy sie pod przełęczą gdzie nikogo nie było. Po południu zwiedzaliśmy Butrinti, które jest starożytnym miastem-muzeum. Później znaleźliśmy kemping-restaurację gdzie nie było miejsc dla namiotów oprócz kamiennego brzegu. Za to cena w miarę niska. Na kolację zostały podane muszle, które bardzo tam lubię, ponieważ są podawane bez skór.
Następnego dnia podróżowaliśmy po górach, oglądaliśmy ogromne źródła pod nazwą Niebieskie Oko, muzeum-miasto Gjirokastra i później kierowaliśmy się długą drogą na zachód. Noc spędziliśmy przy brzegu jeziora Prespa, gdzie jest mała wyspa ze starymi monasterami, ale nie zwiedzaliśmy ich. Generalnie jest to miejsce zamknięte z uwagi na bliskość granicy państwowej, w którym brak jakichkolwiek atrakcji turystycznych. Znaleźliśmy tylko jeden motel z restauracją, który bardziej przypominał więzienie niż miejsce wypoczynku.
Rano wróciliśmy do Korcy gdzie jest duży rynek. Dawniej kupowałem tam alkohole, bo były atrakcyjne cenowo, w tej chwili można tam kupić przede wszystkim falsyfikaty, np. Koniak Skanderbeg w 1,5 litrowej sztucznej butelce. Niedaleko tego miejsca znajduje się stare miasto, Voskopoja, które 200 lat temu było stolicą kraju, miało 30 000 mieszkańców, teraz około 1000, uniwersytet, 25 kościołów, obecnie jest tam dużo ruin i szerokie kamienne drogi. Po południu kąpaliśmy się w jeziorze Ohridskim, gdzie woda jest zimna i czysta.



Voskopoja

Kolejny etap naszej wycieczki miał prowadzić przez góry. Na mapie były 2 drogi z żółtym znakiem ale nie znaleźliśmy ich. Tak więc noc spędziliśmy na kempingu nad morzem. Rankiem nastepnego dnia uszło powietrze z opony mojego samochodu. Sądziłem, że nie jest to najlepszy zwiastun podróży, mieliśmy wszak jechać górami. Na szczęście jednak nie miałem więcej tego typu problemów. Chcieliśmy zwiedzić znane i ładne jeziora Lura. Widziałem już kilka fotografii i wiem, że są warte obejrzenia, jednak drogi prowadzące do nich nie są najlepszej jakości. Asfalt kończył sie w drugim mieście, może dlatego, że trzecie to miasto-więzienie. Droga była na tyle zła, że niemożliwością było przejechanie jej przez małe samochody. Miejscowość Lura to zbitka 5 wsi. Droga prowadzi przez przełęcz, jest bardzo twarda i wyboista, przeznaczona tylko dla ciężarówek. Odcinek 6-kilometrowy pokonywaliśmy całą godzinę. Szczyt znajduje się na wysokości 1750m npm. Byliśmy w sąsiedztwie jezior przypominających małe Morskie Oka. Sądziłem, że są większe.



Lura

Wieczór zastał nas w lesie. Rozbiliśmy namioty na wysokości 1500 m npm. Trochę się obawiałem wilków i niedźwiedzi, na szczęście niepotrzebnie. W ciągu całej nocy przejechało tylko 5 ciężarówek. Rano było 8 stopni. Znaleźliśmy szóste jeziorko, w ogóle jest 16. Droga prowadziła w dół i warunki polepszały się. To był nasz ostatni dzień. Wróciliśmy do Shkodry gdzie kupiłem sery i owoce. Na granicy nie mieliśmy kłopotów, zapłaciliśmy jedynie podatek drogowy.
Podróż była pamiętna, mam nadzieję, że następne też takie będą!

Kajakarzy w Albanii ( 27 kwietnia - 3 Maja 2005 )

Olek w Albanii: 20-28 czerwca 2009

Moja przygoda z Albanią zaczęła się już ponad rok temu kiedy zacząłem się interesować tym zapomnianym krajem gdzieś tam daleko.
Każdy z kim rozmawiałem o moich planach na wakacje robił wielkie oczy ze zdziwienia i pytał a co tam jest ? Co chce zobaczyć i czy cało wrócimy do domu ! Moja odpowiedź zawsze jest jedna : jadę bo nie byłem a o Polska kilka lat temu też była spostrzegana bardzo egzotycznie ! Na stronę Tibora trafiłem poszukując informacji w internecie , potem trafiłem na przewodnik , miałem problem z zakupem odpowiedniej mapy tego kraju (ponoć bez dróg) i wtedy skontaktowałem się z Tiborem. Dalej poszło z górki – dogadaliśmy się na wspólny wyjazd do Albanii.
Pojechaliśmy z końcem czerwca 2009 generalnie wzdłuż wybrzeża Adriatyku na południe w stronę Grecji. Wszelkie wyobrażenia o dzikim kraju potwierdzają się tylko w małym procencie, w Albanii są drogi asfaltowe dobrej jakości (jeśli jedziemy głównymi drogami), stacji benzynowych jest pod dostatkiem i zawsze płaciłem kartą kredytową, nikt nas nie zaczepiał, nic się nam nie stało. Kultura jazdy jest bardzo specyficzna, szczególnym przeżyciem było dla mnie przebicie się przez Tirane, wrażenia nie zapomniane i jedyne – jedyną zasadą jest poruszanie się prawą stroną! reszta jest absolutnie dowolną ale nie widziałem ani jednej stłuczki a większość starych samochodów jest w dobrym stanie! Widoki i krajobrazy są wyśmienite, chociaż muszę powiedzieć że mnie bardziej podobało się na południu. Ceny w Albanii są porównywalne z naszymi, standard w miejscach wskazanych przez Tibora bardzo dobry!
Bardzo jestem też zadowolony z faktu że jechaliśmy razem z Tiborem, który poprowadził nas w miejsca w które sami na pewno nie trafilibyśmy. Np. zjazd z głównej drogi o wysokim standardzie ( zbudowana za unijną kase ) w ścieżynkę między krzaczory i przejazd przez gaj oliwny a potem urwiskiem do pięknej zatoki! Tam mogą trafić tylko miejscowi i Tibor! tego nie ma na mapie!
Wyjazd z Tiborem ma też inną zaletę – Język! mało kto ze spotkanych Albańczyków władał jakimś innym językiem i to jest pewien problem , szczególnie w restauracji. Jeśli chodzi o zwiedzanie to zabytków jest trochę ale o tym można przeczytać w przewodniku, którego lekturę bardzo polecam.
Podczas naszego wyjazdu zobaczyliśmy kilka fajnych miejsc : zamek KRUJE - z bardzo fajnym widokiem na góry, BERAT – szczególne miejsce, warowna miejscowość otoczona murami w której normalnie toczy się życie. Podobała mi się również APOLLONIA – stanowisko archeologiczne gdzie zobaczymy ślady Rzymian. Ciekawym doświadczeniem było też zwiedzenie stanowiska archeologicznego w ORIKUM, tylko że bez Tibora ani rusz – trzeba wjechać na teren jednostki wojskowej i z przewodnikiem można pojechać dalej. Jeżeli ktoś nie musi „zaliczać” wszystkich atrakcji to na Tirane szkoda czasu, choć tak jak pisałem już przejazd przez to miasto jest ekstremalnym przeżyciem!
Za to koniecznie trzeba zobaczyć antyczne miasto BUTRINTI. Tu musze dodać że z tym miejscem najbardziej kojarzyć będzie mi się przeprawa promowa przez rzekę: mały prom gdzieś na 4 samochody osobowe, jedna z głównych dróg w stronę Grecji, i tłum Albańczyków którzy zamiast stać w ogonku i czekać na swoją kolej to wszyscy się pchają tyralierą do przodu co spowodowało że wracający z przeciwnego brzegu nie mieli gdzie zjechać na ląd bo na całej szerokości stały auta !!! Kompletny obłęd potęgowany ciągłymi krzykami i klaksonami!
Bardzo podobał mi się w GJIROKASTER, miejscowość gdzie wszystkie domy mają dachy z kamiennego łupka, zwiedziliśmy tam dom muzeum, zobaczyliśmy wszystko od środka a Pani przewodnik świetnie władała angielskim i można było się sporo dowiedzieć. Poszliśmy też zerknąć do meczetu gdzie spotkała nas niespodzianka – zostaliśmy zagadnięci przez jakiegoś człowieka w długiej białej szacie i zaproszenie do środka.
Rozsiedliśmy się na dywanie i podszedł do nas jakiś inny człowiek z młodym chłopakiem , który tłumaczył na albański słowa duchownego pochodzącego z Egiptu. Duchowny tłumaczył co jest w Koranie, co robi się w meczecie. Odniosłem wrażenie, że widząc europejczyków zaproszono nas aby pokazać że muzułmanin to nie terrorysta. Osobiście myślę że żadna wiara nie jest wolna od ekstremistów i muzułmanie chyba bardzo się przejmują tym jak są spostrzegani. Przyjęto nas bardzo serdecznie, zostaliśmy ugoszczeni suszonymi owocami i wodą mineralną , ta przygoda wywarła na mnie spore wrażenie.
Podczas całej podróży przez Albanie miotałem się czy lubić miejscowych czy nie. Skąd ten dylemat: śmieci! Miejscowi słabo łapią temat ekologia! Trudno zobaczyć kosz na śmieci a nawet gdyby był to i tak wszystkie śmieci trafiają do rzek , potem do z wodą do morza . Pojechaliśmy potem nad morze na taką dziką plażę daleko od dróg, gdzie widok mnie przeraził, jak okiem sięgnąć same śmieci! To chyba największe zagrożenie w tym kraju.
Za to wszędzie można zobaczyć różne bunkry, małe, średnie i duże. Są wszędzie , na polach, w górach, w lasach, na plażach, jest to widok tak oczywisty jak mercedesy na drodze którymi tez jeżdżą wszyscy, to podstawowa marka w tym kraju.
Jeśli chodzi o jedzenie to nie jestem jakimś smakoszem i nie mam wysokich wymagań jednak jestem przyzwyczajony do „treściwych” śniadań a Albańczycy w miejscach gdzie spaliśmy śniadania podają „cieniutkie” , mimo że nigdy nie odchodziłem od stołu głodny to jednak tęskniłem za kiełbasą.
Typowe „burki” to nie jest jedzenie dla mnie ( strasznie tłuste ), za to smakowały mi naleśniki serwowane w takich kombinacjach jakich nie spotkałem u nas. „Owoców morza” nie lubię więc nie próbowałem, za to smakowała mi pieczona papryka faszerowana serem.
Jeśli ktoś ma opory przed lokalnymi przysmakami to wszędzie można zamówić smaczną i tanią pizze oraz spaghetti – osobiście bardzo lubię i polecam, mnie bardzo smakowało! Bardzo miło wspominam wizyty w knajpkach na kawę lub herbatę. Kawy nie piję więc przytoczę opinie innych: kawa dobra ale w bardzo małych filiżaneczkach, natomiast herbata wyśmienita, w smaku nieco inna od naszej.
Szczególnie dobrze wspominam kafejkę w GJIROKASTER obsługiwaną przez fajnego dziadka w starej kamieniczce, w środku kilku miejscowych przy winku, pełna kultura. Miejscowi chętnie spędzają czas w kafejkach, zawsze ktoś jest, często grają w szachy lub domino, nawet na drodze. Na pewno nikt się nie spieszy i każdy ma czas ( tego to im zazdroszczę )!
Taka wyprawa jest super sprawą dla tych, którzy oprócz zwykłego wylegiwania się na plaży lubią spędzać swój wolny czas jeszcze na innych rzeczach, które sprawią, że po powrocie długo będą wracać myślami do tamtych chwil. Jedno jest pewne wrażeń nie zabraknie. Albania jest pięknym krajem wielkich kontrastów. Będąc tam człowiek nigdy się nie nudzi a każdy dzień dostarcza nowych niezapomnianych atrakcji. Ja osobiście do Albanii na pewno jeszcze pojadę na północ w tzw. Alpy Albańskie – ale to już zupełnie inna historia !



Olek we wodzie

 

Opisy